Gdy się nad tą kwestią zastanawiam, dochodzę do dość prostego wniosku, iż nic na ten temat nie wiem.
To co robię w tej sprawie, traktuję bardzo osobiście. Najchętniej wszystko, co do tej pory namalowałem – mniej lub bardziej udolnie – jest mi bardzo bliskie. Najchętniej, nie rozstawałbym się z żadnym z moich obrazów. Jednak, nie jest to możliwe. Każda przestrzeń ma swoją ograniczoną pojemność. Każda ściana ma swoje wymiary. W praktyce oznacza to, że robi się coraz gęściej. Mnóstwo pokolorowanych blejtramów; plam od farb na podłodze, meblach, ogonach i sierści psów.
A głowa ma inny problem. W jakim kierunku będziemy podążać ? Pod koniec dnia jest podzielony na pół, jeden wyznacznik. Czy mnie podoba się mój obraz czy nie. Ta druga połowa – być może ważniejsza – czy końcowemu odbiorcy, podoba się czy nie ?
Tak – robimy coś dla siebie, ale oczekujemy aplauzu. Mamy w chacie kilka powiedzeń kluczy. Jedno z nich brzmi: czy powiesiłbyś sobie takiego bohomaza na ścianie? Odpowiedź jest zero-jedynkowa = tak/nie.
… no ale… ludzkie gusta są nieopisalne. Jedni lubią to, a inni tamto. Jest jak z jedzeniem. Jednym smakuje to, a innym tamto. Za dużo soli, za mało soli. Zbyt gęste, … nie no … ale za rzadkie. Za bardzo dopieczone, za mało dopieczone. I tak w kółko. Nie da rady tego wszystkiego ogarnąć. Nie zaspokoisz oczekiwań świata. Nie uratujesz wszystkich, a może nawet nikogo. Musisz działać w swoim – artystycznym – interesie.




