
Jeden z rozdziałów mojej powieści, która nie została jeszcze wydana bo coś mi nie wyszło. Nie czepiam się mojego wydawnictwa „Czarna Owca” ponieważ są to bardzo otwarci ludzie i bardzo otwarte wydawnictwo i szef tego biznesu Marek Korczak wyjątkowo porządny człowiek … choć oczywiście zarządzający tym biznesem. Mającym dogłębną wiedzę jak trudnym jest rynek wydawniczy; zaś ja padłem chyba – zastrzegam się chyba – ofiarą kogoś kto ocenia rękopisy, które albo się nadają albo się nie nadają do druku. Ponieważ jestem, delikatnie mówiąc – jestem wyrazisty politycznie i taki już umrę. Więc sądz, że byłem niebezpieczny dla wydawnictwa przez moje ogólne pyskowanie = życie.
Nieważne
Podjąłem trud pisarski, ponieważ od dzieciństwa chodziły za mną sceny z warszawskiej Woli. Jak napisałem w poprzednim wpisie uznałem, że muszę to jakoś przenieść na tzw. papier i potem dobudowywać resztę historii.
*****
Zieniawski obserwuje egzekucję na Woli
Major schował się w rozwalonej kamienicy na trzecim piętrze. W budynku, który musiał dostać z góry pociskiem solidnego kalibru. Budynek nie miał przedniej fasady wychodzącej na ulicę Młynarską; jakby samurajskim mieczem obcięto mocno związaną wiązkę trzciny. Opuścił swój oddział dwa dni temu. Nikomu nic nie powiedział. Tłumaczył się sam przed sobą – „Niech myślą, że gdzieś zginąłem …”
Wcześniej, w śródmieści, został postrzelony w udo, choć chyba bardziej było to głębokie draśnięcie, ale bardzo bolesne. Gdy szedł w kierunku Woli, syczał z bólu, mocno zaciskając usta. Podpierał się znalezionym po drodze kijem od szczotki, ciągnął trafioną nogę za sobą. Kula, przeszła co prawda obok kości, ale rana jątrzyła się. Bandaż przeszedł krwią i większość nogawki. W bucie czuł lepką wilgoć. Gorączka na dobre się rozwijała.
Bardzo się martwił o swoje dziewczyny. Cała Warszawa gorzała ogniem, ciągłą kanonadą artyleryjską, wystrzałami karabinowymi, wybuchami granatów, wyciem ranionych ludzi, wyjącymi na niebie jak opętane diabły, atakującymi z góry raz za razem stukasami.
Jego marsz był bardzo trudy, musiał bardzo uważać, aby się nie potknąć i przewrócić na odłamkach cegieł i dziurach wybitych w chodnikach i jezdniach, pociskami większego kalibru; co gorsza by nie wpaść w jakąś śmiertelną pułapkę. Przypadkową wymianę ognia, nadziać się na patrol dirlenwangerowców czy też na żołnierzy wehrmachtu, choć w sumie, było to bez większego znaczenia. W obu przypadkach zakończyłoby to się śmiercią. Nie miał już amunicji ani do stena ani do swojego browninga; nie miał wody, jedzenia jakichkolwiek środków opatrunkowych.
Było Nad ranem.
Dotarł w okolice ul Młynarskiej. Z boku nadciągał jakiś niemiecki oddział. Żołnierze powoli skradali się w szarej poświacie. Musiał gdzieś błyskawicznie się schować. Wsunął się do resztki klatki schodowej budynku, stojącego naprzeciwko domu w którym ze swoimi dziewczynami mieszkał. Gorączka i strach, podpowiadały mu to co może się za chwilę wydarzyć.
Wszedł, a raczej wczołgał się na ostatnie piętro; nie miał siły, zajęło my to dobrych kilka minut. Schował się za postrzępionym pociskami kawałkiem muru, który z jakiegoś powodu nie został falą uderzeniową. który nie został odstrzelony przez niemiecki pocisk artyleryjski. Musiał spaść pionowo z góry i być bardzo solidnego kalibru. Budynek nie miał fasady. Od ulicy musiał wyglądać jak wnętrze domu dla lalek gdzie znudzona zabawą właścicielka, w złości uderzyła, w dach małą piąstką. Łóżeczko z kolorową kapą. Brązowa szafa, stoliczek z obrusem, święty obrazek na ścianie. Delikatnie falująca firanka, kawałek dywanu, przewrócona filiżanka, stłuczony imbryczek, ułożone w kącie posłanie dla psa.
– „Gdzie jest pies ?
– Chciało mu się siku. Wyszliśmy na spacer”
Na dobrą sprawę nie wiadomo, czy major Zieniawski: zasnął, zasłabł czy zemdlał.
Powoli otwierał oczy. Słońce stało wysoko. Z dołu dolatywał huk wystrzałów, krzyk ludzi, rechotliwy śmiech. W oddali kanonada ciężkich dział. W powietrzu słodkawy swąd palonych ciał. Ciemny, oleisty dym przesłania niebieskie niebo. Potrząsnął głową. Noga bardzo go bolała, ból promieniował do bioder i brzucha. Z trudem przypomniał sobie gdzie jest i co miał zrobić. Powoli wychylił się by zlustrować przedpole.
Na dole było dużo Niemców. Jedni wyciągali ludzi z domu gdzie major mieszkał z dziewczynami; kopniakami i uderzeniami kolbą, ustawiali Polaków pod murem. Inni siedzieli na pryzmach gruzu, i krawężnikach. Jedli kiełbasę popijając jakiś płyn z flaszek. „Chyba to była wódka albo jakiś samogon. Sam chętnie sobie bym strzelił” – pomyślał Zieniawski.
Kilku, rozstawiało na trójnogu, ciężki karabin maszynowy maschhinengewehr MG 42. Major bardzo dobrze znał tę śmiercionośną broń nazywaną pieszczotliwie „Piłą Hitlera” albo „Szybką szprycą”. W 1938 roku. Polskiemu wywiadowi wojskowemu udało się wykraść z zakładów Großfuß dokładne plany techniczne tego karabinu. Ich figurantem wewnątrz zakładu był inżynier specjalista metalurg. Trik polegał na tym, że Niemcy nie wiedzieli, że był żydem. Zieniawski, nadzorował wtedy tę akcję, dostał od dowództwa, pochwałę z wpisaniem do akt. Wiedza ta, nie miała teraz, żadnego znaczenia.
Jeden niemiecki oficer wyróżniał się w tym towarzystwie. Wysoki, szczupły o bardzo przystojnej twarzy. Poruszał się, a może bardziej przemieszczał swoje ciało w powietrzu. Z wielką gracją, jakby tańczył w takt jakiejś pięknej muzyki. Płynnym ruchem, otworzył skórzaną kaburę. Pieszczotliwie chwycił w dłoń kolbę pistoletu. Podszedł bliżej do zbitych w ciasną grupę dzieci, kobiet i mężczyzn. Uważnie przyglądał się twarzom. Podniósł broń.
Wystrzelił w blond głowę dziewczynki, dokładnie między oczy. Za sekundę wycelował w głowę, stojącej obok blond kobiety. Bez żadnego wysiłku pociągnął za spust. Chyba nawet trochę uśmiechał się przyjaźnie. Bang
Na środku Młynarskiej
Zieniawski nie widział jak długo leżał zemdlony. Nie było sufitu ani dachu, rozbite, przestrzelone ściany. Resztki pokoju w którym kiedyś, mieszkało chyba jakieś dziecko, sadząc po rozmiarze, nietkniętego ręką wojny, łóżeczka. Widział nad sobą chmury, brunatnego dymu. Śmierdziało śmiercią.
Z trudem przypominał sobie, że jest Powstanie Warszawskie, że dotarł niedaleko kamienicy w której mieszkał. Kolejny raz pojął, że jego dziewczyny zostały zabite. Tak jak i wielu innych ludzi, mieszkających na Woli. Parę dni temu, wszyscy oni byli, a teraz nikogo nie ma. Pani Jadzi, sąsiadka z piętra, która miała trzy koty. Jej mąż zginął w kampanii wrześniowej. Był podoficerem artylerii. Pani Zofia z góry, która od samego początku bardzo zalotnie i łakomie patrzyła się na majora. Rodzina Więckowskich z parteru, mieli dwóch małych chłopców osiem i dziesięć lat. Jak tylko mogli grali szmacianą piłką na podwórku. Pan Wacek, który był dozorcą. Miał sumiaste wąsy, kaszkiecik nasunięty na czoło. Cały czas miał w ustach papierosa. Wieczorem lubił sobie wypić. Wtedy śpiewał piosenki po rosyjsku. Byli też inni ludzie.
Jak zwierzę zapędzone do narożnika i złapane w potrzask, chciał się uwolnić i uciec. Podciągnął się do przodu aby wyjrzeć zza rozbitej ściany na ulicę Młynarską. Musiał przyzwyczaić wzrok do ostrego światła.
Wszędzie rozbite pociskami fasady kamienic, spalone dachy, okna, drzwi. Jakby kosiarz śmierci i destrukcji skupił się na tym kawałku ziemi, aby uczynić tu, tak dużą krzywdę jak tylko się da.
Na środku Młynarskiej powstawał stos, którego budulcem były zmaltretowane i poszarpane kulami, ciała mieszkańców tej okolicy. Na dole pracowało kilku, rozebranych do gatek, usmarowanych krwią ludzi. Łapali trupy za ręce i nogi i układali ciała jedne na drugich. Jeden z Niemieckich żołnierzy, pokazywał patykiem w którym miejscu należy ułożyć ciała, tak by wykorzystać każdy wolny centymetr tej budowli, a śliskie od krwi i płynów ustrojowych, ciała przypadkowo, nie spadły na ziemię. Konstrukcja musiała być stabilna do ostatniego momentu. Chodziło również o to aby przygotować do spalenia jak najwięcej ludzkich ciał.
Zieniawski nie miał siły zastanawiać się w którym miejscu położono żonę i córkę. Czy zostały rzucone gdzieś koło siebie, tak by do samego końca mogły trzymać się za ręce. Chciał płakać, ale nie miał łez. Z twarzą wykręconą skurczem cierpienia, statystował tej scenie.
Cywile skończyli układać ciała. Jeden z Niemców, patykiem sprawdzał czy kanistry z powoli sączącą się benzyną, dobrze ułożone są pomiędzy ciałami. W kilku miejscach chlusnął jeszcze łatwopalnym płynem. Podniósł prawą rękę do góry, pokazując dowódcy, że wszystko jest gotowe.
Inny Niemiec, chyba dowódca tego oddziału, podał zapalniczkę jednemu z cywili, którzy układali ciała. Ten się cofnął z przerażeniem, podnosząc ręce do góry. Żołnierz dobył z kabury pistolet. Widocznie był przeładowany i odbezpieczony. Ołowiana kula czekała w lufie na swoją ofiarę. Strzelił do Polaka. Inny cywil podniósł rękę; chyba sygnalizował, że on chętnie podpali te ciała. Dostał zapalniczkę. Podszedł do stosu. Metodycznie zaczął przystawiać płomień do skropionych paliwem nóg, rąk i włosów.
Gdy skończył, dostał od jednego ze szwabów butelkę by wziął grzdyla. Przystawił szyjkę do ust. Pociągnął łapczywie. Złapał powietrze i po kilku sekundach, łyknął drugi raz. Trzeciego łyku nie było. Ten, który był dowódcą strzelił mu w głowę, prawie nic z niej nie zostało. Bezwolnie przewrócił się na ziemię. Dowódca zwrócił twarz w kierunku pozostałych pomocników. Ci, zamarli z przerażenia.
Kilkadziesiąt metrów dalej dopalał się inny stos. W oddali widać było kolejny. Hen, hen jeszcze jeden. Ulica Młynarska jak i cała Wola, czyszczona była z niemiecką skutecznością.
Zieniawski chciał się stąd za wszelką cenę wydostać, znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, schować się i poczekać albo na swoją śmierć albo na zakończenie tego koszmaru. Nie miał już siły walczyć, starać się, a tym bardziej poświęcać. Nie potrafił o niczym innym myśleć niż o swoich dziewczynach.
Zemdlał
Zaczęło się Powstanie Warszawskie.
Antek w pierwszym dniu powstania, już przed południem, był kompletnie najebany.
Od samego rana, w okolicach Nowego Światu, pił z jakimś menelami. Jeden przez drugiego, chwalili się swoimi bandyckimi osiągnięciami. Coś tam zjedli. Pół kąska małego śledzika, wąskie plasterki kiełbaski. Ciemny chlebek, grzybek w occie, ogórek z koperkiem. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Tempo mieli ostre.
Co chwila bach, bach, leci wóda w gardło. Smutny kelner cały czas donosił flaszki samogonu. Antek nie dotrwał do godziny piątej. Była druga piętnaście, gdy z łoskotem zwalił się na podłogę z krzesła i zaczął chrapać.
Owszem, wcześniej, z ulicznych plotek słyszał, że coś się szykuje. Cieszył, że z pewnością bardzo dużo szabru będzie. Póki co, kompletnie nie kontaktował. Późnym popołudniem, sam leżał w knajpie. Wszyscy inni, na odgłos pierwszych wystrzałów i wybuchów, dali drapaka. Włącznie z kelnerem i kucharką. Wyjrzał na ulicę. Ujrzał młodych ludzi z bronią w ręku, z czerwono białymi opaskami na ramieniu w wysokich butach, z przewieszonymi przez ramię mapnikami i małymi torbami. Uśmiechnięci, z ogniem w oczach pędzili gdzieś z sobie tylko znaną misją.
Nie miał jak wrócić na Pragę. Zresztą po co. Rozwalone domy, otwarte mieszkania, przestraszeni ludzie, to przecież był czas na najlepsze interesy. Rzeczywistość okazała się inna. Kilka dni później, w okolicach ruin Zamku Królewskiego, został pojmany przez Dirlenwangerowców. Miał dużo szczęścia. Trafił na jakiegoś Azera. Wcisnął mu do wielkiej jak bochen chleba, dwa złote łańcuchy, które zdjął z szyi. Dodatkowo, kilkanaście złotych monet, które przez całą okupację, nosił wszyte w pasek. Ostatecznie, w zamian za wyjawienie, pozycji powstańczego, ciężkiego karabinu maszynowego, darowano mu życie. W czasie okupacji, dorabiał jako niemiecki konfident. Teraz, nie miał żadnych moralnych rozterek.
Wieczorem, Niemcy kazali mu iść ze sobą. Skierowali się do swojej kwatery. Wiedział, że jego jedyną szansą na przeżycie było stanie się potrzebnym. Gdy tylko dotarli do podwórka jakiejś rozbitej kamienicy, od razu zaczął się krzątać przy kuchni, pomagając zmęczonemu kucharzowi przygotować jedzenie. Ochoczo kroił chleb, cebulę, kiełbasę. Dzielił na porcje i niósł tym, którzy byli lekko ranni i nie wylądowali w lazarecie. Podawał wodę by wzięli kilka łyków. Miękka szmatką ścierał im pot z twarzy. Czyścił im buty. Przecierał z pyłu kurtki mundurowe. Wcześniej Azer, który darował mu życie, rzucił w stronę kolegów
Wir werden davon profitieren,er wird sich bemühen.
Bist du sicher? Das ist doch polnische Schwein und Bandit . Schau mal wie der dem Hans in
der Küche hilft. Was machen wir mit ihm? Der bekommt ein Kugel und es wird einen polnischen Hund weniger geben.
Antek Purchel nie znał niemieckiego, nic nie zrozumiał. Może to i lepiej dla niego. Skupiał się by wynaleźć sobie kolejne zajęcie by być potrzebnym. Aby Niemcy to widzieli.
Zmęczeni żołnierze polegiwali na wyciągniętych z mieszkań materacach. Większość z nich miała w ręku butelki z samogonem. Przegryzali pajdkami chleba, kawałkami słoniny. Ciężki dzień mieli za sobą. Dowództwo kazało im przejąć okolice Placów Bankowego i Zamkowego. Cały czas byli poganiani by szybciej atakować. Szło ciężko. Powstańcy odgryzali się jak szaleni. Niemiecki pluton był pod ostrzałem z różnych kierunków. Polskie świnie cały czas zmieniały pozycje, obrońcy byli w ciągłym ruchu. Momentami niemożliwe było, połapać się w tym. Co grosza, nie było okazji by zgwałcić jakieś Polki, spokojnie postrzelać do cywilów, psów i kotów. Zum Teufel, was für beschissene Tag !
Zapadał wieczór. W powietrzu odór śmierci. Księżyc przysłonięty dymem palących się kamienic. Odgłosy wymiany ognia. Antek również przyłożył głowę na cegle w kącie podwórka. Zwinął się w kłębek i udawał, że zaczyna zasypiać. Spod zmrużonych powiek, czujnie patrzył na niemieckich żołnierzy. W istocie zastanawiał się czy uda mu się ujść cało z tej zadymy.
Niemcy wstali wcześnie rano. Skacowani, zmęczenie i źli. Okazało się, że w nocy jakiś żandarm przyniósł rozkaz, podpisany przez samego Heinricha Friedricha Reinefartha, że mają się relokować w kierunku Woli. Ich zadaniem będzie koordynowanie, nadzorowanie i wspomaganie, właśnie powołanych do życia, oddziałów Verbrennungskommando Warschau. Jeden z Niemców, któremu poprzedniego dnia, pomagał zdjąć but z rannej nogi, poinformował Antka – „Du gehst mit!” – palcem i ruchem głowy pokazał w kierunku bramy wyjściowej na ulicę. Żołnierze formowali już szyk.
Maszerowali przez spalone ulice. Tam, gdzie budynki nie były naznaczone wojną, a gdzieniegdzie, lśniły szyby w oknach, do piwnic wrzucali granaty rozpryskowe i zapalające. Czasami po wybuchu, była cisza, czasami krzyki i jęki. Gdy pojawiały się jakieś dźwięki, podchodził żołnierz wyposażony w miotacz płomieni. Dwie porcje ognia. Na deser kilka serii ze Schmeisera w małe okienko tuż nad trotuarem. Po sprawie. Odbijali łokciem kolejną flaszkę alkoholu. Po łyku, beknięcie – „Idziemy dalej!”
Im bliżej było do Woli tym większy panował smród. Zmieszanie w jednym zapachu: tkanek ludzkich, asfaltu, cegieł, firanek, zwierząt, bawełny to genialne dzieło, szatana, zaprzedanego alkoholika. Coraz więcej ciał ludzkich walających się na chodnikach, pod ścianami budynków. Porozrzucane drobne rzeczy: kaszkiety, chustki, portmonetki, wybebeszone kobiece torebki, męskie teczki do noszenia dokumentów. Gdzieniegdzie damski albo męski but. Zgubione klucze do nieistniejącego już mieszkania. Parasolki, worki na kapcie do szkoły. Tornistry z podręcznikami.
Jeden z dirlenwangerowców, nachylił się na zwłokami młodej kobiety o kruczoczarnych włosach i mimo śmierci, pogodnej twarzy. Pociskiem dużego kalibru, dostała w sam środek tułowia. Nie miała piersi, kawałka szyi, brzucha do wysokości pępka. Jej truchło to: ręce, biodra i nogi. Leżała w kałuży zaschniętej krwi i porwanych tkanek. Nad jej resztkami latały tłuste muchy zajęte obrabianiem smakowitych kąsków.
Dostrzegł błysk. Zaciekawiony kopnął jej dłoń. Przyklęknął i mocno złapał ją. Chciał ściągnąć pierścionek z dużym, lśniącym kamieniem. Zagięty i spuchnięty palec stawiał opór. Szarpał, chciał wyłamać stawy, ale nie dawał rady. Zniecierpliwiony, wyjął z kabury pistolet. Klęknął i przystawił lufę do palca pomiędzy pierścionkiem, a dłonią. Gdy strzał przebrzmiał, podniósł resztkę ciała i kosteczki, bez żadnego problemu zsunął pierścionek. Zadowolony, wytarł błyskotkę, dłonie i palce o resztki jej niebiesko białej sukienki. Wsadził obrączkę pomiędzy zęby, nadgryzł złoto. Spojrzał na efekt. Uśmiechnięty rozpiął górę munduru, wyjął na wierzch pokaźnych rozmiarów skórzany woreczek, zawieszony na szyi. – „Echt Gold Russishes” sam do siebie mruknął. Wrzucił nową zdobycz do innych, wcześniej zabranych od żywych lub trupów. Pod mundurem nosił trzy takie woreczki z precjozami. Wszystkie zapełnione warszawskimi fantami.
Antek na chwilę zapomniał o swoim prawdziwym położeniu. Z zazdrością i podziwem patrzył na rosłego grenadiera. Tyle złota i nadal tyle możliwości. Bardzo dużo dobra wpada do kieszeni. Takie bogactwo ! Z zadumy wyrwał go okrzyk – Vorwärts ! Z niemieckim plutonem, maszerowało już w kierunku Woli, kilkunastu Polaków. Przestraszeni, przybici, wygłodzeni, gotowi jednak służyć Niemcom w zamian za darowanie życia.
Oddział dotarł do ulicy Młynarskiej. Wszędzie ciała rozstrzelanych ludzi. Nie było miejsca by gdzieś przycupnąć i chwilę odpocząć po forsownym marszu. Wszędzie walały się jakieś resztki ludzkich ciał. Zmasakrowana głowa dziecka z długimi blond włosami. Kawałek męskiej nogi; stopa obuta w brązowy trzewik. Nierozpoznawalne części ludzkich resztek. Pod murem stosy rozstrzelanych ludzi. Warstwa, warstwie, kolejna warstwa. Trudny do zniesienia smród.
Dowódca oddziału SS-Obersturmführer Neumann, wskazując na towarzyszących Polaków wydał rozkaz. – Bierzecie się do roboty. Macie uprzątnąć tą ulicę. – wskazując ręką trupy –Wszystko ma zostać spalone. Żaden ślad ma nie pozostać. Jeśli przy okazji, znajdziecie złoto, kosztowności, dolary … cokolwiek wartościowego… wkładacie do tego wiadra. Gdybyście coś chcieli zapierdolić, dwa razy pomyślcie. Sam osobiście zastrzelę. Teraz rozbierać się do gaci i brać za robotę. Scharführer Bethke, będzie wami kierował. Macie to wszystko wysprzątać !
Purchel i reszta Polaków byli przerażeni zastanym widokiem. Bez zbędnej zwłoki, zaczęli zrzucać z siebie spodnie i koszule. Na chwilkę, zawstydzili się swoją nagością. Scharführer Bethke wystrzelił z pistoletu, prosto w ciała wcześniej zamordowanych Polaków. Wzrokiem wbijał się jednocześnie w oczy Antka. – Bierzcie się polskie kurwy za robotę!
Z obrzydzeniem zaczęli przenosić ciała w jedno miejsce. Obrzydliwe w dotyku i zapachu; śliskie od resztek, płynów tkankowych. Nie mogli ich dobrze złapać. Gdy jakieś ciało było wcześniej przypalone ogniem, tam gdzie mocno chwytali nieboszczyków za nadgarstki i kostki, skóra z ich ciał schodziła jak delikatne jelito z zepsutej kiełbasy. Xxxxx!!! Próbowali owijać dłonie szmatami, to nic nie dawało. Po kilkunastu minutach pracy byli pokryci śmiertelną, śmierdzącą mazią, wdzierającą się w każdego pora skóry.
Scharführer Bethke miał dużą wprawę w konstruowaniu kolumn trupów. Wielkie doświadczenie zdobył na Ukrainie, Białorusi w Rosji. Tam puszczali z dymem całe zagrody, wioski, miasteczka. Ot, tak wojenna specjalizacja. Unicestwić, zlikwidować, zebrać, szybko spalić. Bethke bardzo szybko się uodpornił. Rozkaz Hitlera był jednoznaczny. Im więcej ich zabijemy tym więcej będzie dla Niemców.
Z punktu widzenia ekonomiki działania, najlepiej było zamknąć żywych ludzi w jakimś domostwie, stodole, kościele i podpalić. W określonych warunkach wystarczył jeden granat z zawartością fosforu. Gdy budowla była solidniejsza, należało podlać jednym albo dwoma kanistrami benzyny.
Gdy nie było takiej możliwości, należało konstruować stosy. Sierżant, bardzo dobrze wiedział jak układać ciała, w którym miejscu podłożyć deski aby całość większa i stabilniejsza. Od której części rozpocząć podpalanie. Czy użyć benzyny czy oleju napędowego. A może dodać również trochę kwasem solnym ? Tym samym, by za jednym zamachem spalić jak najwięcej ciał.
Ułożyli. Wysoki na kilka metrów pierwszy stos. – Wir können beginnen, zünden wir an potwierdził sierżant.
Sierżant sprawdził konstrukcję; w różnych miejscach, precyzyjnie wylał płyn łatwopalny. Była to pewnie benzyna. Palcem wskazał na jednego z Polaków, nauczyciela łaciny w liceum im. Stefana Batorego. Warknął z uśmiechem – Ty podpalisz! Mężczyzna wyciągnął ze strachy przed siebie ręce i cofnął się do tyłu. Mamrotał coś pod nosem – Boże, błagam, nie, nie ! Bethke bez słowa dobył Walthera; bez wahania strzelił nauczycielowi między oczy.
Purchel, uznał, że to wyjątkowa okazja dla niego. Podniósł rękę do góry i podszedł do niemieckiego sierżanta. Wziął od niego zapalniczkę zrobioną z dużej łuski. Zaczął podpalać podstawę wieży, dotykając płomieniem martwe ręce, nogi, plecy, wystające kawałek męskiego pośladka, blond włosy jakiegoś dziecka. Tak, to chyba była mała dziewczynka. Poszło mu dobrze. Ogień wesoło wspinał się coraz wyżej, równomiernie biorąc w swoje władanie zmasakrowane ciała mieszkańców Woli.
Odwrócił się w kierunku Niemca. Oczekiwał na pochwałę. Dostał ją.
Któryś z Niemców, wcisnął mu w dłoń butelkę wódki. Antek Purchel pomyślał, że świat jest piękny. Podniósł głowę do góry, wziął pierwszy głęboki łyk. Zapiekło go w gardle. Znowu podniósł butelkę do góry; drugi ostry łyk. W tym momencie głowa została roztrzaskana. Pocisk z parabelki trafił w lewe ucho Antka by wyjść prawym. Flaszka wypadła z dłoni. Roztrzaskała się na leżącym pod nogami, gruzie. Azer jak prawdziwy rewolwerowiec z dzikiego zachodu, zawadiacko dmuchnął w lufę swojego pistoletu. Któryś z kolegów krzyknął – Pojebało cię ! Kurwa, rozwaliłeś butelkę z juchą. Było jeszcze z połowę ! Reszta żołnierzy Dirlenwangera śmiała się do rozpuku.