Please select a page for the Contact Slideout in Theme Options > Header Options

Warszwa, 1 sierpnia 1944 roku – scena z niewydanej powieści

Warszwa, 1 sierpnia 1944 roku – scena z niewydanej powieści
31 lipca 2025 Jerzy Ciszewski
In Wspominki

Przyznaję się. Gdy zbliża się kolejna rocznica Powstania Warszawskiego wszystko we mnie tężeje. Nie mam na to wpływu.

Mój ojciec Jerzy Ciszewski, walczył w kampani wrześniwoej 39tego roku. Został żołnierzem  Armi Krajowej, walczył w Powstaniu Warszawskim. Typowy dla wielu Polaków i Warszwiaków życiorys.  Wiem, że część jego życia, doświadczeń, jego historia, ręką opacznościu bądź genetyki (zwał jak zwał) w niewdzialny i niewytłumaczalny sposósb, została przekazana do mojego serca i duszy.

Przyznaję się – bardzo nie lubię tego dnia. 1 sierpnia,  do głosu dojeżdżają  mnie różne ciemne duchy. W tych dniach, nie jestem w stanie oglądać filmu Jana Komasy „Miasto44” – choć jestem już bardzo dorosły, podczas projekcji, cały czas chce mi się płakać. Trochę mierzi mnie zwyczaj odpalania rac na rondzie. Uznaję to za polityczne przejmowanie ogólno narodowej tragedii. Choć oczywiście jest wiele osób, które podobnie do mnie przeżywają ten dzień na swój sposób. Przy okazji zadając sobie pytanie na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. „Czy dobrze się stał, że wybuchło Powstanie, czy też źle się stało?”. Ja osobiście nie mam jednorodnej odpowiedzi.

Powieść „Ojciec44” … ?

Któregoś dnia, uznałem, że jak trafi mnie szlag to moje córki nie będą nic wiedziały o dziadku – kim był, co robił i co najważniejsze jak się zachowywał podczas II wojny światowej. Jaka jest jego historia. Tym samym jaka jest historia naszj rodziny. Po  namyśle, stwierdziłem, że najłatwiejszą formą przeniesienia w przyszłość tej historii, będzie  dla mnie powieść. Gdzie dwoma zasadniczymi scenami są: rozwalnie czołgu Pantera na Woli oraz zestrzelenie samoloty Stukas na Starym Mieście. Obu tych czynów dokonał mój Stary.

Pisząc w dużym skróćie:

Mój Ojciec po zakończeniu wojny unikał powstańczych wspominek w obawie przed Urzędem Bezpieczeństwa. Represjami tamtych czasów, choć te nie ominęły go. Regularnie był wzywany na bezpiekę, gdzie spuszczno mu łomot albo pojono wódką do upodlenia; albo siedział w kilkugodzinnym milczeniu ze śmierdzącym potem i wódą żołnierzem.

Mówił mi, że jak szedł do urzędu, bez względu na porę roku zawsze zakładał kalesony, ciepłą koszulę, dwa swetry, najcieplejszą kurtkę jaką miał; brał szalik, rękawiczki, wełnianą czapkę i wełniane skarpety – liczył się, że …  tym, że tym razem wywiozą go na Kołymę. Robił wszystko co się da, aby system nie wyświetlał go jako żołnierza AK i Powstańca Warszawskiego – czy się to dziś podoba czy nie – po wojnie takie były czasy.

Tym samym, generalnie nie figuruje w historycznych opracowaniach dotyczących tamtego okresu. Nawet Norman Davis oraz  Władysław Bartoszewski nie zauważyli mojego Starego, jako jednego z tysięcy, bohaterów powstańczego zrywu.  Taka nieco zapomniana powstańcza historia oraz  scena.

Gdy miałem kilka lat  (raczej mniej niż więcej) mój ojciec rozwiódł się z moją matką. Potem wyjechał do Ameryki do wujka Wojtka Grabowskiego, który mieszkał na Florydzie w Coco Beach.  Moja Matka zorganizowała mi wyjazd do Ojca gdy byłem po pierwszej klasie ogóniaka. Pragnę nadmienić, iż była to jeszcze absolutna ciemna komuna. Jak ona to zrobiła – nie mam pojęcia. W tamtych latach (były to lata siedemdziesiąte) podróż do USA były niewyobrażalnym i nierealizowalnym projektem.

Po zakończeniu „świętowania” i „myśleniu” o „Ojciec44” zdałem sobie sprawę, że nie wstawiłem do tej ksiązki sceny, który „chodziła”, „chodzi” i będzie „chodzić” za mną do końca życia – palenie zwłok, zamordowanych mieszkańców Woli. Uznałem, że muszę to jakoś naprawić. Napisałem zatem tą scenę i potem zacząłem się zastanawiać jak ją obudować w bardziej sprawną, rzeczową i przyswajalną  historię. Tak zrobiłem. Zacząłem od 39 roku a kończyłem … w latach 70tych, a może 80tych

Przedstwicielka wydawnictwa, wydała opinię, że jest tam za dużo wulgarności, drastycznych scen – bo ktoś nasikał na twarz trupa (to prawda) oraz jest to generalnie plagiat „Ojciec44” – to też prawda, ale nie do końca. Oraz ta historia nie klei się, bo cały czas o czym innym. Tak to prawda. Tempus fugit więc za każdym razem dzieje się co innego. Są trzy a zasadniczo cztery postacie, których los przeplata się: major Zieniawski – oficer przedwojennej dwójki. Porucznik Kowalewska – oficer przedwojennej dwójki. Major  Zych – oficer Urzędu Bezpieczeńsywa oraz mój ojciec Jerzy Ciszewski – wachnistrz podchorąży, awansowany w czasie Powstania na podporucznika.

Dziś kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego;

poniżej scena z pierwszego dnia Powstania Warszawskiego z niewydanej, jeszcze powieści, ale może właśnie ta rocznica zmusi mnie bym dotknął ropiejącej rany w mojej duszy i zakończył projekt w postaci wydania drugiej części, a może bardziej osobnej powieści, która siłą rzeczy nawiązuje do pierwszej – czytaj: mały plagiat.

****

Zbiórka

Porucznik Kowalewska udawała się na ulicę Senatorską. Tam na podwórku jednej z kamienic, kompania do której dostała przydział, miał swój punkt zborczy. Była godzina jedenasta rano. W mieście wyczuwało się napięcie. Gdzieniegdzie słychać było strzelaninę. Nerwy puszczały i Niemcom i bojownikom, którzy zmierzali na swoje zbiórki.

Jak to ona, była bardzo dobrze przygotowana do Powstania. Ubrana w długą kurtkę, bryczesy i buty z cholewami. Pod kurtką miała niemieckiego Schmeissera wraz z trzema zapasowymi magazynkami; w każdym po 38 nabojów, pistolet VIS również z zapasowymi magazynkami. Do tego trzy granaty – dwa przeciwpiechotne i jeden przeciwpancerny. Bagnet oraz manierka z wodą. Niosła plecak, w którym znajdowała się bielizna na zmianę, trochę odzieży, lornetka, składana saperka. Nie mogła się powstrzymać i zapakowała również szczotę do włosów, mały grzebyk, lusterko, puder, pomadkę do ust, mały flakonik z ulubionymi francuskimi perfumami.

Nie wiadomo po co – wzięła również jedwabną piżamę Do tego wszystkiego kilka damskich drobiazgów. W torbie przewieszonej przez ramię, miała apteczkę. Bandaże, różne niezbędne płyny, środki przeciwbólowe, podstawowe instrumenty medyczne, skalpele, strzykawki, igły i nici do szycia ran. W szklanych ampułkach morfina.

Bez żadnego trudu dotarła na ulicę Senatorską. Po drodze spotkała dwa niemieckie patrole, ale mimo paramilitarnego ubioru, Niemcy jej nie zaczepiali. Gdyby tak się stało – musiałaby od razu stanąć do walki. Żołnierski los.

Usiadła na pobliskim murku i wystawiła czoło i policzki do słońca. Niebo było niebieskie, bez chmur. Takie jakie widuje się na wakacjach, gdy człowiek położy się na kocu i patrzy w niebiański bezkres. Gdzieś słyszała ujadanie psa, podniesiony głos jakiejś kobiety, która krzyczała na męża; słyszała gruchanie gołębi, którym ktoś łaskawy rzucił okruszki od chleba na chodnik.

Myślała o tym co za parę godzin nastąpi. Pracując w Kedywie miała dostęp do różnych dokumentów. Wiedziała co wydarzyło się Katyniu, Miednoje i okolicach Charkowa. Perspektywa wejścia Rosjan do Warszawa przerażała ją. Z drugiej strony, Niemcy z planem eksterminacji Polaków i zniszczeniem Warszawy. Nie wiadomo co gorsze siepacze Stalina czy mordercy Hitlera. Biedny ten nasz kraj, to nasze miasto i my w tym wszyscy.

Miała również wiele wątpliwości do decyzji rozpoczęciu Powstania Warszawskiego. Wiedziała jak mało broni mają do dyspozycji powstańcy; do tego brak ciężkich pojazdów, jakiejkolwiek artylerii. Skąpe zapasy amunicji i jedzenia. Do tego wszystkiego cywile w mieście. Straszna perspektywa.

Jej koleżanki i koledzy z plutonu powoli zbierali się. Większość z nich ubrana podobnie jak porucznik Kowalewska z paramilitarnym sznytem i wypchanymi plecakami. Jak dzieci na całym świecie, żartem, ironią, dowcipem kryli strach i niepewność, co do najbliższej przyszłości.

Podniosła się  z murku, przeciągnęła się. Ruszyła w kierunku bramy wejściowej na podwórko. Gdzieś w oddali zagrały karabiny maszynowe w sekundę później dwa wybuchy. Pewien rzucano granatami. Do godziny W czyli 17tej było jeszcze trochę czasu. Niemcom nerwy puszczały, polskim bojownikom również. „Trzeba się zbierać” – wyszeptała sama do siebie i machinalnie przeżegnała się.

Przy wejściu do bramy stał kilkunastolatek. Ubrany w krótkie spodenki na szelkach, koszulę w kratkę z podwiniętymi rękawami. Brunet z ładnymi piwnymi oczami. Miał patyczkowate nóżki, rączki i paluszki. Jasne, niebieskie oczy

 

 

Zaczepił ją

– Czy Pani też jest żołnierzem jak ci u nas na podwórku?

– Tak jestem żołnierzem, choć jestem kobietą.

– A ma Pani broń ?

– Tak. Mam niemiecki karabin schmeisser oraz polski pistolet vis. Jestem stosunkowo dobrze wyekwipowana

– Może mi Pani pokazać ten karabin ?

Kowalewska uśmiechnęła się przyjaźnie. Dokładnie zlustrowała przedpole czy nie zbliża się jakiś niemiecki patrol, ale na ulicy nikogo nie było. Odpięła guziki w kurtce i pokazała lufę groźnej broni. Chłopakowi zaświeciły się oczy – ja też chciałbym taki mieć i poszedłbym z wami do Powstania.

– Ile masz lat, masz rodziców, gdzie mieszkasz?

– Nazywam się Waldek Pienkos, mam piętnaście lat i z mamą, tatą, bratem mieszkamy w tej kamienicy pod ósmeką, na pierwszym piętrze – odparł nieco speszony.

Klęknęła przed nim i położyła dłonie na jego wątłych ramionach – Waldziu, posłuchaj mnie uważnie. Za chwilę, cały ten otaczający nasz świat zniknie. Na tych ulicach zaczniemy szturmować Niemców; oni się będą bronić. Kto wygra niewiadomo. Zaczną ginąć ludzie, również cywile. Jak pewnie wiesz w tej wojnie zginęło już bardzo wiele Polek i Polaków. Wyglądasz na bardzo sympatycznego inteligentnego chłopca. Masz mamę, tatę, brata. Zajmij się nimi. Chroń ich jak tylko będziesz potrafił. Wiem, że chciałbyś się za to wszystko odegrać na szwabach, ale uwierz mi, będziesz więcej wart jako żywy Waldek, a nie martwy. Postaraj przeżyć powstanie i wojnę, ucz się, bądź dobrym i prawym obywatelem. Ożeń się, miej dzieci … prosi cię o to ciocia Ania.

Przytuliła chłopca, pocałowała w czoło i wyszeptała – „Idź do swoich. Przetrwajcie” Ukradkiem otarła łzę, która pojawiła się w jej oku. Nie chciała by pluton widział, że się rozkleiła. Weszła w głąb podwórka. W głębi ustawiono stoliczek tuż obok kapliczki z Matką Boską. U stóp świętej figurki leżało kilka małych kwiatków polnych, paliła się świeca. Kilkunastu Powstańców na widok kapliczki, przeżegnało się znakiem krzyża.

Kowalewska podeszła do blatu stołu. Siedziało przy nim dwójka młodych sympatycznych dziewczyn. Spojrzały na nią przyjaźnie i z szacunkiem.

– „Chciałam odebrać opaskę i legitymację powstańczą”

– „Tak, tak – już wydajemy. Tu proszę pokwitować. Jaki ma Pani stopień wojskowy? Jaki wpisać pseudonim do dokumentu.

– Jestem porucznikiem Wojska Polskiego i teraz oczywiście Armii Krajowej. Jako mój pseudonim proszę wpisać „dokładna”.

 Nabrała na opuszek palca czarny tusz. W wymaganym miejscu, zaznaczonym kwadracikiem, odbiła na kartoniku linie papilarne, kciuka prawej dłoni. Zaplątana gdzieś łza, wypłynęła jej z oka. Upadła dokładnie na odciska. Tusz troszkę się rozpłynął i lekko wylał poza przeznaczone miejsce. Po paru sekundach, wsiąkł w tekturkę.

Kowalewska podmuchała kilka razy na swoją legitymację powstańczą. Gdy uznała, że wysechł, umieściła ją w ceratce; wsadziła w jedną z przegródek małego brązowego portfelika. Tenże znalazł swoje miejsce w wewnętrznej kieszeni kurtki.

Odwróciła się przodem do swoich żołnierzy. Mocnym głosem wydała rozkaz – Zbiórka. Młodzież błyskawicznie ustawiła się przed nią w dwuszeregu. Wyprostowani, uśmiechnięci, czekający tylko po to by zostać spuszczonym ze smyczy; Rzucić się do niemieckich gardeł.

Omiotła ich wzrokiem. Z jednej strony poczuła wielką dumę, że będzie prowadzić do boju tak patriotycznie nastawione dzieciaki. Z drugiej, była pewna, że większość z nich, nie wróci już do swoich rodzin.

Mocnym głosem wydała rozkaz – Baczność ! Dooo przysięgi !

 Młodzi ludzi w jednej sekundzie przestali się uśmiechać i gaworzyć. Nabrali powietrza w płuca. Patrząc swojemu dowódcy w oczy zaczęli

W obliczu Boga Wszechmogącego

i Najświętszej Maryi Panny,

Królowej Korony Polskiej,

przysięgam być wierny Ojczyźnie mej,

Rzeczypospolitej Polskiej.

Stać nieugięcie na straży jej honoru,

wyzwolenie z niewoli

walczyć ze wszystkich sił,

aż do ofiary mego życia.

Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej,

Naczelnemu Wodzowi

i wyznaczonemu przezeń

Dowódcy Armii Krajowej

będę bezwzględnie posłuszny

a tajemnicy niezłomnie dochowam

cokolwiek by mnie spotkać miało.

Tak mi dopomóż Bóg.

Comments (0)

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*